Bronkiewicz całe życie mieszka i tworzy na Roztoczu, w Ulanowie. Surowość okolicznych lasów, chłód porannych mgieł i rytm drewnianych konstrukcji dawnych narzędzi odcisnęły się na jego wyobraźni głęboko i nieodwracalnie. Pracownia jest przedłużeniem tej przestrzeni – miejscem, gdzie drewno, kamień, płótno i papier stają się poligonem dla eksperymentu, instynktu i długiej, wyciszonej obserwacji. W ostatnich latach szczególną rolę w jego twórczości odgrywa czarny dąb – materiał ciężki, wymagający, niemal ceremonialny. Artysta sięga po niego z nabożeństwem, jak po relikwiarz czasu. Praca z tak twardą materią staje się dialogiem, próbą wejścia w strukturę czegoś, co trwało od wieków.
Jego rzeźby – deformowane postacie, antropomorficzne hybrydy, totemy i organiczno-mechaniczne konstrukty – przypominają artefakty z cywilizacji, która nigdy nie istniała, ale mogłaby istnieć. Są jednocześnie pradawne i futurystyczne. Wysokie, wertykalne formy przywodzą na myśl strażników czasu; rzeźby segmentowe działają jak geologiczne przekroje pamięci. Twarze, często rozszczepione lub ukryte w strukturze, sugerują psychologię pęknięcia, duchową tożsamość człowieka złożonego z warstw.
Jego malarstwo i rysunek powtarzają te same napięcia – ciało jako struktura energetyczna, pejzaż jako psychiczne tło, przestrzeń jako palimpsest emocji. Linie są nerwowe, rozedrgane. Kolor – gwałtowny, nasycony, momentami niemal agresywny. W czarno-białych rysunkach pojawia się z kolei ascetyczna klarowność, precyzja bliska grafice konstruktorskiej, ale niosąca ze sobą podskórny niepokój.
Bronkiewicz nie utożsamia się z żadnym nurtem. Jest artystą osobnym – świadomie poza środowiskiem, poza układami, poza szeregiem. Nie odrzuca teorii, ale nie buduje na nich fundamentów. Zamiast trendów woli czytać Junga, Merleau-Ponty’ego, Arnheima, Deweya czy Szestowa – jednak tylko jako echo do własnych intuicji. Niczego nie ilustruje. Niczego nie dekoruje. Tworzy, bo praca z formą jest dla niego sposobem myślenia.
Jak pisał Herbert Kühn:
„Między tym, co ma być przedstawione, a samym przedmiotem istnieje głęboka przepaść.”
W twórczości Bronkiewicza ta przepaść nie jest przeszkodą – jest przestrzenią działania. Sztuka rodzi się pomiędzy: między ruchem dłuta a oporem drewna, między kolorem a pustką płótna, między impulsem psychicznym a materialną formą.
Jego droga artystyczna nie prowadzi ku rozgłosowi, lecz ku pogłębieniu sensu. To sztuka, która nie zabiega o uwagę – ona po prostu działa, często podprogowo. Rezonuje. Otwiera zamknięte kanały. Zmusza do powrotów.
Dziś i jutro
Obecnie Bronkiewicz pracuje w drewnie coraz intensywniej, a czarny dąb staje się osią jego najnowszych poszukiwań. To materiał gęsty, arcytrudny, ale pełen potencjału – jakby krył w sobie pradawne głosy i struktury, które artysta tylko wydobywa. Wszystko wskazuje na to, że właśnie z tego zmagania narodzi się jego kolejny, zupełnie nowy rozdział – cykl, który dojrzewa, ale jeszcze nie został nazwany.
Bronkiewicz jest artystą osobnym – a jednocześnie takim, którego nie sposób pomylić z nikim innym. W czasach pośpiechu proponuje formę, którą trzeba czytać powoli. W epoce obrazów krzyczących – tworzy te, które mówią szeptem, ale zostają na długo.